Tu jesteś:

Reprywatyzacyjny bumerang

Bartosz Bator. Fot. Paulina Skoczylas

Temat odzyskiwania majątków przez dawnych właścicieli wciąż budzi emocje. Pojawia się i równie szybko znika. Zwykle bowiem wykazujemy nim zainteresowanie tylko od przypadku do przypadku, przy okazji afer związanych ze zwrotem. A że to temat wymagający rozwiązania wraca jak bumerang i nie możemy się od niego uwolnić – pisze Bartosz Bator, adwokat, dziennikarz, działacz społeczny.

Nie sądzę by zasadniczą zmianę przyniosły także wydarzenia z ostatnich dni, o których donoszą media. Ponownie pretekstem do pochylenia się nad trudnym tematem reprywatyzacji przez polityków, przysłowiowego Kowalskiego a nawet gazety – od których wymaga się rozsądku i dystansu, są tabloidowe zarzuty nieprawidłowości bądź nadużyć w warszawskim ratuszu. Nagle historia jednego urzędnika, który podobno sam sobie zwrócił nieruchomość, urosła do niebywałej rangi. Powszechnie uznano, że stanowi ona reprezentatywny obraz procesu odzyskiwania własności przez spadkobierców dawnych właścicieli. Otóż trzeba temu zdecydowanie zaprzeczyć.

Mamy już w zwyczaju, że każdy obywatel tego kraju jest prawnikiem-samoukiem, który z wielką łatwością wydaje sądy niemal w każdym temacie. Obserwuję to w przypadku dyskusji na tematy tak różne jak umowy „śmieciowe” czy spraw Pana Mariusza T. Po pierwsze przestrzegałbym przed wyciąganiem zbyt daleko idących wniosków z jednostkowych historii. Nadużycia się zdarzają, patologie czasem też. Nie świadczy to jednak wcale o tym, że wiodą one prym. Po drugie przepisów nie można tworzyć od przypadku do przypadku, popadać w kazuistykę, reagować pod wpływem impulsu, ustawą naprawiać błędów w jednostkowych historiach. Po trzecie truizmem jest mówić, iż rzeczywistość nie jest czarno-biała. Niestety obserwuję, że wciąż istnieje konieczność podnoszenia tej podstawowej kwestii.

Trzeba sobie uczciwie powiedzieć, że słusznym celem dekretu Bieruta było ułatwienie odbudowy Warszawy. I tak się też stało. Niestety jego przepisy były nadużywane przez władze państwowe, ze szkodą dla właścicieli. Dzisiejsza sytuacja jest tego konsekwencją. Rozpoczynając zatem dyskusję na temat reprywatyzacji powinniśmy o tym pamiętać. Co do zasady doszło bowiem do sytuacji, w której bezprawnie odebrano własność. Czy Ci którzy dziś tak chętnie kupują mieszkania w apartamentowcach i słono za nie płacą, równie chętnie przyjęli by fakt, że ktoś z dnia na dzień im je odbiera? Oczywiście nie wypłacając im w ramach rekompensaty ani złotówki? Nie sądzę. Zastanówmy się zatem, zanim z wielką łatwością odmówimy prawa do zwrotu spadkobiercom dawnych właścicieli.

W wielu krajach europejskich naszego regionu sprawę zwrotu takiego mienia dawno rozwiązano wprowadzając przepisy szczególne w postaci tzw. ustaw reprywatyzacyjnych. Na czym te rozwiązania polegają? Otóż wprowadzają one określoną procedurę, przez którą trzeba przejść by niewielki procent dawnego majątku został zwrócony.

Zatem po pierwsze Ci wszyscy, którzy liczą, że ustawa reprywatyzacyjna przyspieszy proces zwrotu mogą się szybko rozczarować. Otóż ona także musi przewidywać procedurę, co oczywiście zajmie czas. Być może nie będzie to aż tak skomplikowane i czasochłonne jak teraz…, być może. Po drugie czy Ci wspomniani wcześniej dla przykładu właściciele apartamentów w centrach dużych miast chętnie zgodzili by się na rekompensatę w wysokości np. 10 proc. tego co zapłacili?

Zakładam, że niewiele osób biorących ochoczo udział w dyskusji na temat reprywatyzacji wie jak dziś wygląda proces zwrotu. Otóż jest on wieloletni i kosztowny. Osoby którym bezprawnie odebrano ich własność musza „przetoczyć” się przez szereg instytucji i procedur, administracyjnych i cywilnych. Wyłożyć w trakcie sporo gotówki, której wymaga choćby procedura cywilna w zakresie wpisu sądowego od wartości przedmiotu sporu. I tu dochodzimy do równie drażliwego tematu,  który w ostatnich dniach był zarzewiem do niezwykle zajadłej nagonki na osoby odkupujące roszczenia.

Otóż wszyscy oni muszą wiedzieć, że to sami spadkobiercy decydują się na sprzedaż roszczeń. Nikt ich nie przymusza, a jednostkowa historia z zakupem roszczeń za bezcen znowu nie daje obrazu sytuacji. Choć owszem, roszczenia sprzedawane są za kwoty niższe niż wartość odzyskanej nieruchomości. Dlaczego? To chyba logiczne, że nabywca który ma potem przeprowadzić całe skomplikowane i kosztowne postępowanie nie może zapłacić za samo roszczenie rynkowej ceny nieruchomości. Ponadto odsetek osób skupujących roszczenia jest stosunkowo niewielki. Głównie z roszczeniami występują spadkobiercy dawnych właścicieli.

Wreszcie dla przeciętnego Kowalskiego obraz reprywatyzacji to zły „kamienicznik” i pokrzywdzony lokator. Powiem teraz pewnie coś niepopularnego, parafrazując Panią Wicepremier – sorry, najem to nie własność. W pierwszej kolejności musimy z otwartą przyłbicą mówić miejskim najemcom – nigdy lokale które zajmujecie nie były waszą własnością. Brutalna rzeczywistość jest taka, że nie udało Wam się dorobić własnego mieszkania. Czy to jednak wina spadkobierców dawnych właścicieli czy osób które odkupiły roszczenia? Zdecydowanie nie. Czy rolą tych osób jest dbać o los tych ludzi. Tu także odpowiedź powinna brzmieć przecząco. To rola państwa, w tym władz lokalnych. I nie zapominajmy o tym, że twór w postaci ustawy o ochronie praw lokatorów to ewenement na skalę światową. Dający niezwykle szeroki zakres ochrony osobom, których jedynym prawem do mieszkania jest zaledwie umowa najmu.

Nie jestem zwolennikiem ustawy reprywatyzacyjnej, uważam że generalne zasady tego rozwiązania są krzywdzące dla dawnych właścicieli, choć Państwo będzie miało problem z głowy a przeciętny Kowalski będzie spał spokojnie. Można natomiast usprawnić procedurę zwrotu, a ponadto dawnym lokatorom zaproponować program wsparcia. Oczywiście to zadanie dla organów państwowych, nie odzyskujących. Po to płacimy podatki. Także po to płacą je „źli kamienicznicy”.

Temat reprywatyzacji jest ważny nie tylko dla samych zainteresowanych, ale także dla każdego z nas. Warszawy dotyczy dekret Bieruta, reszty kraju m.in. dekret o reformie rolnej czy przepisy dotyczące mienia porzuconego po wojnie czy pożydowskiego. Nieusprawnienie procedury zwrotu, nierozwiązanie problemu ludzi, którzy muszą opuścić swoje dotychczasowe mieszkania niezwykle hamuje rozwój miast i inwestycje. Warszawa jest tego najlepszym przykładem. Wiele atrakcyjnych inwestycji deweloperskich czy publicznych nie może być realizowane ponieważ, albo są do tych nieruchomości roszczenia, albo w budynku znajdują się lokatorzy, którzy nie mają się gdzie wynieść. Kłopot w tym że problem się jedynie tli, poza jednostkowymi pożarami nie wybuchnie wielkim płomieniem. Stąd jeśli nie wymusimy na politykach sensownych rozwiązań, to nigdy nie uznają drażliwej reprywatyzacji za problem palący.

Bartosz Bator – adwokat, dziennikarz, działacz społeczny. W codziennej praktyce zajmuje się m.in. reprywatyzacją. Fundator i członek zarządu Fundacji Działań Obywatelskich gdzie koordynuje program powszechnej edukacji prawnej. Na antenie Programu 1 Polskiego Radia prowadzi cotygodniową audycję prawniczą.

Średnia ocena

Na podobny temat

Komentarze

Zaloguj się aby móc dodawać nowe komentarze.

W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies. Kontynuując przeglądanie strony, wyrażasz zgodę na używanie przez nas plików cookies. Dowiedz się więcej tutaj. ×